niedziela, 4 marca 2012

Rozdział XI

Ostatnie dni, były najdziwniejszymi dniami mojego życia. Tyle się stało w ciągu zaledwie czterech dni. Nie jestem w stanie tego opowiedzieć. Lecz spróbuję.
Piątek, ostatni dzień szkoły. Pełen luz, aż za duży. Na religii tyle się działo...
Katecheta mówił coś o przysłowiach Bożych, że na następnej lekcji będzie z nich test. Więc mamy się przygotować. A Tomek zaczął śpiewać:
- Cicha Noc, Święta Noc! Pokój niesie ludziom wszem!- śpiewał Tomek.
Reszta klasy również się do niego dołączyła i powtórzyła za nim
- Cicha Noc, Święta Noc! Pokój niesie ludziom wszem!
Tomek brnął dalej.
- A u żłóbka Matka Święta...
Klasa powtórzyła, nie było nikogo kto by nie śpiewał. Gdy w końcu doszliśmy do refrenu, Katecheta wyszedł z klasy. Nikt nie przestał śpiewać. Nawet Baśka i Karolina zaczęły śpiewać, łącznie ze mną. Już myślałam, że cała klasa będzie miała kłopoty. Ale koza? Chyba nie... całej klasy nie da się wstawić do kozy, chyba że jedynka z zachowania- myślałam. Gdy doszliśmy do drugiej zwrotki, Katecheta Pan Mirosław wrócił, nie sam. Ale z gitarą! To była najlepsza lekcja religii w całym moim życiu. Przez resztę lekcji siedzieliśmy i śpiewaliśmy różne piosenki. Był czad!
Gdy po lekcjach wracałam do domu, szłam z Baśką. Rozmawiałyśmy o tym co się stało na religii i nie tylko. Wiem, że Basia się interesuje modą, więc chcąc jej zaimponować, czytałam różne fora o tych rzeczach. Dowiedziałam się sporo. Lecz nie miałam okazji... no mówiąc w prost, bałam się coś powiedzieć o modzie. Gdy tylko chciałam coś z siebie wydusić, brnęłam w inny temat. Nie wiem co się ze mną dzieje. Na prawdę, nie wiem.
Nagle dobiegł do nas głos z tyłu.
- Cześć - powiedział głos.
- Cześć - powiedziałyśmy z Baśką równocześnie, lecz Basia się obejrzała do tyłu.
- Wiecie co, ja muszę lecieć - zaczęła - macie chyba swoje sprawy do obgadania, narka! - powiedziała bez chwili wytchnienia biegnąc na autobus. Czemu? Czemu nie została ze mną i z...
- Słuchaj Lilka, musimy pogadać - powiedział Wiktor.
- A o czym? - zapytałam zaciekawiona.
- O Tobie i o Maksie - powiedział. Zaskoczył mnie.
- Ale nic nie ma między mną a Maksem - zapewniłam go.
- Ale serio? Bo całe podwórko mówi inaczej... - spuścił wzrok.
- Słuchaj Lilka - powiedział stanowczo, łapiąc mnie za ręce.
Wypadły mi książki. Co on sobie myśli, co? Że niby ja jestem taka idealna, i że jak mnie złapie za rękę i wypadną mi książki to je złapie lewą ręką? To przecież nie możliwe!
- Jeśli coś do niego czujesz, zrozumiem. - powiedział smutnym głosem, patrząc mi się głęboko w oczy.
- Ale ja do Maksa nic nie czuję! - wygarnęłam mu. Bo chyba nic nie czułam. Chyba...
- Ehhh - westchnął. - Słuchaj, widziałem was wiele razy jak chodziliście nad naszym jeziorem, dlaczego?
- Ahhh, wtedy byłam po treningu i Maks chciał abym nie wdychała spalin, czy cokolwiek on tam powiedział - upewniłam go.
- Aha - powiedział łapiąc mnie za rękę.
Potem szliśmy powolutku do domu. Nie śpieszyło się nam. Nie odzywaliśmy się, było cicho. Słychać było jak psy szczekają, jak osy bzyczą, jak ptaszki śpiewają. Nic piękniejszego. Tylko co tak na prawdę czuję ja do Maksa? I co czuję do Wiktora? Bo to raczej nie jest to samo uczucie. Maksa darzę wielką sympatią, ale my się tylko przyjaźnimy. Tylko przyjaźń jest między nami. Nic więcej. Chyba mówię prawdę, tak? Ale po tym przytulaniu z nim na jeziorkiem, nie wiem czy dla niego jestem zwykłą kumpelą, bo wydaje mi się, że nie.

piątek, 3 lutego 2012

Rozdział X

Wchodząc po schodach do mieszkania Moniki, coraz bardiej myślę nad tym czy w ogóle powinnam do niej pujść? I co jej powiedzieć? Pukam do drzwi.
- Cześć Lila, Monia u siebie ryczy w poduche - zapewniła mnie jej młodsza siostra.
Wtedy pomyślałam sobie, jak to będzie z moją siostrą?
- Aha, dzięki - powiedziałam i poszłam do jej pokoju.
Cichutko otworzyłam drzwi, zaglądając kątem oka do jej pokoju.
- Monia, Monia źle się czujesz? - zapytałam siadając na brzegu jej łóżka.
- Nie, wszystko OK, kto przyszedł? - zapytała mnie nie patrząc się w moją stronę.
- To ja, Lilka - powiedziałam - Ja...
- To ty! To wszystko twoja wina! - zaczęła na mnie krzyczeć - Przez ciebie teraz tak ryczę! I siedzę w domu jak głupia!
- Ale... ale...
- Nie żadne ale! Odbiłaś mi Maksa! Przez ciebie on...on... zerwał ze mną! - płacze Monia.
- Ale Monia, ja nie kocham Maksa - zapewniam ją.
- To dziwne, że on się doskonale orientuje o której kończysz lekcje i w ogóle.
- Słuchaj, gdyby Wiktor nie musiał jeździć do swego ojca na budowę, to ja bym z nim chodziła do domu a nie z Maksem. Tak się okazuje, że zawsze jak wychodzę ze szkoły on ma pretekst, że był u kolegi na Jagielońskiej. - zapewniam ją coraz bardziej, a ona nie wierząc czemu słucha mnie.
- Serio? - zapytała.
- Serio, przecież nie odbiłabym przyjaciółce chłopaka tak?
- Masz rację, kochana jesteś - po czym przytuliłyśmy się.
Uwierzyła mi! Tak! Naprawiłam wszystko! Chociaż, nie. W duszy się cieszę, że Monika mi wierzy, lecz moja podświadomość mówi mi, że ona dalej będzie miała do mnie żal o Maksa, że z nią zerwał. To nie może być tak.
- Masz do mnie żal? - zapytałam patrząc w podłogę.
- Nie, no coś ty. Rozumiem - powiedziała z wielkim uśmiechcem na twarzy i złapała mnie za rękę.
- To super.
Poczułam ulgę na duszy. Nie mogę tego opisać, jak się poczułam. Jakby Bóg darował mi wszystkie moje grzechy które popełniłam w ciągu ostatnich piętnastu lat.

środa, 1 lutego 2012

Rozdział IX

Mam mętlik w głowie, dosłownie. Nie mogę zapomnieć, o tym spacerze z Maksem. Przecież mam Wiktora, mojego Wiktora. A Maks mi się zwala na głowę i obciąża mnie jego osobą. Chociaż, nie protestowałam jak mnie przytulał, może wyobraża sobie coś więcej niż tylko nasza przyjaźń?
W szkole i na podwórku wszyscy patrzą się na mnie jakbym była jakimś kosmitą. Przecież jestem normalna, tak jak oni prawda?
- Co oni wszyscy cięci na mnie? -zapytałam podchodząc do Wery która bujała się na huśtawce.
- Wszyscy sądzą, że odbiłaś Monice Maksa - powiedziała Wera schodząc z huśtawki.
- Że, ja, ja od-odbiłam Monice Ma-maksa? - zapytałam zaskoczona. - To nie prawda!
- Każdy sądzi, że go jej odbiłaś, przykro mi Lilka ale tak jest - powiedziała Wera łapiąc mnie za rękę.
- Ale to nie prawda! - krzyknęłam i zwróciłam na siebie uwagę pani Marii z parteru, która właśnie szła z Bambrem na dwór.
- Co nie prawda? - zapytała Baśka podchodząc do nas.
- Słyszałaś? - zapytałam.
- Tak, podobnie jak całe podwórko.
- No to pięknie - powiedziałam zesmutniała.
- Nie martw się, wszystko się jakoś ułoży - powiedziała Baśka klapiąc mnie po plecach.
- Tak, łatwo Ci mówić. Ty nie masz takich problemów jak ja! Ja mam dwóch chłopaków na głowie.
- Ale którego kochasz? - zadała mi pytanie Wera.
- Ja... ja... nie... nie...wiem. Ja ja nie kocham Maksa, jeśli oto Ci chodzi! - zapewniłam ją.
Wera i Baśka patrzały na mnie jak na debilkę.
- Nie! Nie kocham go! Jasne?! - krzyknęłam do Baśki i Wery aż Wojtek, Paweł i Marcin, którzy siedzieli w piaskownicy się na mnie spojrzeli.
- Serio? - zapytały jednocześnie.
- Tak, serio! A teraz przepraszam, muszę iść do Moniki. Cześć! - palnęłam i poszłam. Co jest grane w moim popapranym świecie? Co?

wtorek, 31 stycznia 2012

Rozdział VIII

Ola była przez ostatnie dni na cenzurowanym. Dwa razy sprzeciwiła się rodzicom, mówiąc, że wróci na chatę o wyznaczonej przez siebie porze lub w ogóle nie wróci i teraz tato będzie ją codziennie odbierał ze szkoły. Żal mi jej.
W piątek bo treningu siatkówki spotkałam Maksa. Podobno był u kolegi na źrebaku. Ucieszył się na mój widok.
- Późno wracasz ze szkoły - zauważył.
- Przygotouwję się na mecz - odparłam dumna z nadzieją, że mu zaimponuję.
- Chodź - wziął mnie nagle za rękę i pociągnął w przeciwnym kierunku. To było...dziwne. Co najmniej dziwne.
- Dokąd? - spytałam.
- Chcesz iść tą zatłoczoną ulicą? - zdziwił się. - Wdychać spaliny? Nie lepiej wrócić do domu nad jeziorem?
- Myślałam o powrocie autobusem - odparłam. - Padam z nóg.
- Spacer dobrze Ci zrobi - powiedzieć. - No chodź - pociągnął mnie bardziej stanowczo, jakby wyczuł moment zawahania - daj ten sprzęd - wskazał na mój plecak i zdjął mi go z ramion.
Było późne popołudnie. Słońce znajdowało się coraz niżej. Kierowało się w stronę małego Mostku którego jestem zwyczaj nazywać Pawilon. Nie wiem czemu. Nie pytajcie. Wiedziała,, że za chwilę schowa się za niego i będze wyglądało jakby chciało zatopić się w rzece. Wtedy krajobraz dookoła straci barwy i zacznie szarzeć. Szliśmy powoli, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Nie śpieszyło się nam. Przystawaliśmy, śmialiśmy się i w pewnym momencie Maks mnie przytulił. To już drugi raz. Teraz jednak, bez żadnego szczególnego powodu. Zupełnie nie oczekiwanie. Nie wyrywałam się. W jego ramionach czułam się bezpiecznie. Zupełnie tak jakbym mogła się w nich schowć przed całym światem. Podniosłam wzrok. Zajrzał mi głęboko w oczy i uśmiechnął się, potem wypuścił mnie z objęć i poszliśmy dalej, tak jakby nic nigdy się nie stało. Dla mnie jednak stało się. Myślałam o tym przez resztę drogi.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Rozdział VII

Zauważyłam błysk w oczach Wiktora. Wcześniej do teraz nie zauważyłam jego pięknych ciemnych brązowych oczu, zanurzyłam się w nich. Nie widziałam nic poza nimi. Nagle Wiktor, zbliżył się do mnie. Złapał mnie za rękę i... pocałowaliśmy się. Nie wiem jak to było możliwe. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. A teraz? Po pocałunku? Nie wiedziałam co dalej z naszą przyjaźnią.
- Co, co ty robisz? - Wyrwałam mu się z rąk i krzyknęłam, zwróciłam parę przechodzących osób.
- No... myślałam że tego chcesz... że oboje tego chcemy... - odpowiedział z smutkiem Wiktor. - Przepraszam - powiedział patrząc się w podłogę. - Nie chciałem, przepraszam.
Po czym podeszłam do niego, on dalej patrzał na trawę. Palcem swoim podniosłam mu podbródek.
- Co do mnie czujesz? - wypaliłam znienacka, nie wiedziałam że mnie stać na coś takiego.
- No... no... dużo. Nie jestem w stanie Ci tego powiedzieć co czuję do Ciebie. Zawsze kiedy cię widzę przechodzi przeze mnie dreszcz. Myślę, boję się, że coś powiem nie tak i... i wszystko się wyda... że wszystko spapram - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy jak on się zachowuje gdy jesteśmy sam na sam.
- Serio? - zapytałam zaciskając wargi i w połowie się uśmiechając. Zresztą... całkiem mi się podobał Wiktor, kiedyś się w nim nawet bujałam... ale potem zauważyłam że woli być z kolegami i se odpuściłam. - Wiesz... ja też coś do Ciebie czuję.... - wyznałam.
Po czym mnie znowu pocałował. Przytuliłam się do niego, czułam się jak w niebie. Pocałował mnie! Rety! Raz, drugi, trzeci... może nawet dziesiąty. Chciałam, by to się nigdy nie skończyło, by trwało wiecznie. Jeszcze dziś, gdy o tym myślę nie mogę uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Jestem taka szczęśliwa! Jestem najszczęśliwszą osobą na tej planecie!

niedziela, 29 stycznia 2012

Rozdział VI

Po szkole, udałam się do parku. Miałam skrócone lekcje, bo nauczycielka od hiszpańskiego zachorowała. Usiadłam na brązowym mostku. Wyciągnęłam swój blok i rysowałam różne różniste rzeczy. Nagle, gdy rysowałam zimorodka z pamięci, zakryto mi oczy.
- Zgadnij kto to - powiedział znajomy mi głos.
- Nie wiem, ale ołówek mi wypadł z ręki - powiedziałam zaskoczona.
- Sory - powiedział głos - ale nie puszczę Cię do puki nie powiesz poprawnej odpowiedzi.
- Hmm... no dobra. Maciek?
- Nie.
- Tomek?
- Nie.
- Baśka? - po czym wybuchłam śmiechem.
- Nie - powiedział zawiedziony głos.
- Wiktor? - powiedziałam.
- No nareszcie, ręce mi drętwiały - powiedział i usiadł obok mnie. - Co rysujesz?
- Aaa, zimorodka. Ale zgubiłam ołówek. Pomożesz?
Krótko szukaliśmy ołówka. Zobaczyłam go leżącego na trawie parę centymetrów od mostku. Wiktor poszedł dalej szukać i na kolanach szedł.
Kochany, na kolanach...
W końcu podszedł do ołówka tak jak i ja, i znowu... dotknęliśmy swoich rąk.
- Prze-przepraszam - wydukałam jedno słowo.
- Nic, emm, nic nie, nie szkodzi - lekko dukając powiedział, patrząc mi się głęboko w oczy.

sobota, 28 stycznia 2012

Rozdział V

- Liliana! Liliana! Wstawaj! Czas do szkoły - drze się moja babcia. Zapewne mama w pracy.Bez chwili zastanowienia wstałam i wygrzebałam coś z szafy. Wzięłam swoje czarne dżinsy, wzięłam biąłą bluzeczkę na ramiączkach i do tego ciemno-niebieską bluzkę z długim rękawem. Wyglądam całkiem przyzwoicie. Ale co z włosami? Najlepiej kok, ale nie umiem.
- Babciu! Chodź zrobić mi koka! - otworzyłam drzwi i krzyknęłam do salonu. Babcia nie przychodzi i nie odpowiada. Poszłam do salonu a co tam zastałam? Chrapiącą babcię... no to piknie jak mawia moja prababcia. No to pozostaje mi kitka, pomyślałam. Nie mam gumki... no ładnie. Nie wiem gdzie mama je chowa a dużą spinką nie umiem. Ehh... po prostu masakra. Najlepiej uczeszę włosy, zakręcę troche lokówką pospinam spinkami i gotowe. Lekko maskary do oczu, trochę błyszczyku i jestem gotowa. Tylko musze zjeść śniadanie. Babcia mi zrobiła jajecznicę. Zawsze ją robi gdy przychodzi do mnie rano by mnie do szkoły obudzić. Co prawda chodzę już do gimnazjum ale zawsze tak było i będzie do puki dziecko się nie urodzi.
Będę miała siostrę! Już wiadomo! Mama była na USG i to będzie dziewczynka. Kurcze, tak się ciesze, że nie ma co. Po drodze do szkoły wstąpię po Weronike. Mam nadzieję, że jeszcze nie wyszła do szkoły.
- Wera! Poczekaj! - krzyczę do Weroniki, bo widzę, że jest około dwadzieścia metrów odemnie.
- Aaaa Lilka! Cześć! - po czym dała mi buzi w policzek. Trochę mnie to zdziwiło bo tak nie robimy ale co tam. Nie brzydzą mnie całusy.
- Będę miała siostrę - mówię zachwycona.
- Super! Jak dacie jej na imię? - zapytała z zaciekawieniem Wera.
- No nie wiem... jeszcze sie nad tym nie zastanawiamy. Mamy parę typów ale dopasujemy jak się urodzi.
- No to super! Cieszę się! Będziemy z nią wychodzic na dwór, bawić się, pokażemy jej mojego chomika jak będzie ciut starsza.
- No, no nie przesadzaj z tym chomikiem - ryknęłyśmy smiechem, przyciągając uwagę chłopaków którzy szli na drugiej stronie ulicy.
To nie mogło się stać na prawdę. Tylko co doszłam do klasy z dobrym humorem, to Sylwia musiała mi go od razu zepsuć. Co za beszczel z niej! Nie ma co!
- No to co Liliano? Jak było na scenie? - podeszły do mnie Wredne Jędze, oczywiście Sylwia mówiła za Alinę i Emilię, one za to potakują.
- Daruj sobie! - wykrzyknęła Baśka podchodząc do nas.
- A ty tu czego lalusiu? - powiedziała do niej Sylwia, robiąc durną minę.
- A chcę tego, że tu stoją moje przyjaciółki a wy tarasujecie przejście do nich. Więc sio! - pysknęła Sylwii, aż jej gały wyszły i se poszła.
Reszta lekcji przeszła normalnie, nic zachwycającego, oprócz Jacka.
- Celebrytko dawaj matmę! - zażądał.
- Że co?! - spytałam takim tonem, że na ułamek sekundy go zatkało.
Ale on jest macho oraz twardziel. Nie da się tak łatwo.
-Dawaj matmę! - powtórzył.
Wtedy zninacka przypomniała mi się babcia.
- Jak ładnie poprosisz - odpaliłam - to może dostaniesz.
- Jak co? - wyciągnął rękę.
- Słyszałeś! - warknęłam. - Czy ty kiedykolwiek dałeś komuś coś odpisać? - spytałam. - Dostaniesz moje zeszyty, jak ja od Ciebie coś odpiszę.
Wywrócił oczami i zrobił minę sugerującą, że coś ze mną nie tak.
- Taka z Ciebie egoistka? - zachichotał.
- Tak - odpaliłam. - Jestem egoistką i nie daję idpisywać zadań ludziom, których nie lubię.
- Ciebie nikt nie lubi - poinformował mnie radośnie.
- No to nie zrobi mi większej różnicy, jak jeszcze trochę Ci podpadnę.
Minęłam go i odeszłam.
Tomek patrzył na mnie z dziwną miną.
- Jak chcesz matmę, to Ci ją dam - powiedziałam. - Ale pod żadnym pozorem masz nie dawać zeszytu temu tam. Jeśli mu dasz, już nigdy nie dostaniesz odemnie żadnego zeszytu.
- OK - zgodził się Tomek.
Widziałam, że Jacek koło niego krąży, ale Tomek nie dał mu zeszytu.
Chwilę później oddał mi go, pytając, czy może dać zeszyt Maćkowi. Osobiście przespacerowałam się do Maćka.
- Możesz ode mnie odpisywać, ale pod żadnym pozorem nie dawaj zeszytu Jackowi.
Nawet mu się to spodobało, bo nie lubi Jacka.

piątek, 27 stycznia 2012

Rozdział IV

Cała piękna chwila prysła w ciągu jednej sekundy. Pękła jak bombelek który ma za mało mydła a za dużo wody. Takie moje szczęście...
- Hej laska! - wykrzyknęła Baśka biegnąc w mą stronę.
- Cześć Baśka - powiedział Wiktor z niesmakiem, widać było, że nie chciał aby ktoś nam przeszkadzał.
- Cześć - powiedziałam ze smutną miną i poszliśmy do kościoła.
Dzisiejszy temat związany był z grzechami. Podeszłam do komunii, zaraz po tym dowiedziałam się, że umarła Pani Agnieszka, przyjaciółka mojej babci a także jakiś Jan Kowalski. Nie znam gościa. Potem jakieś ogłoszenia parafialne, po błogosławienie i można iść do domu. Po pomodleniu się i oczyszczeniu duszy czuję się o wiele lepiej. Tylko martwi mnie fakt Wiktora. Czyżby on chciał czegoś więcej niż nasza przyjaźń? Nie wiem, muszę się z tym przejść.
Jestem w parku, nad naszym pięknym jeziorem. Kaczki pływają, pomimo że jest lekki przymrozek. Usiadłam sobie na mostku podziwiając przyrodę, kwiaty i zwierzęta. Zawsze tu przychodzę gdy mam doła czy coś. Siedzę i myślę. Myślę o tym co Wiktor chciał mi powiedzieć, lub zrobić? Boję się tego cokolwiek chciał zrobić a nie zrobił, może zrobi to wkrótce? Mam więcej pytań niż odpowiedzi. Zawsze tak jest. Jutro do szkoły, będę musiała stawić czoło moim groźnym rywalkom z klasy. Mamy takie trio, które wszyscy nazywamy bądź Wredne Jędze lub Czarownice. Nie, nie ubierają się jak któreś z nich, ale się wymądrzają i w ogóle, nie da ich się słuchać. Przewodnicząca fanklubu Czarownic jest Sylwia. Ma swoje podopieczne, jakby dzieci którym musi wszystko mówić a one się zgadzają, żałosne... Żal mi Aliny i Emilii, chociaż ich nie lubię...
Może trochę po wspominam? Pamiętam jak się zakochałam w Jacku... teraz unikam go jak ognia. Zawsze gdy mnie tylko widzi mówi: "Dawaj matmę". Żadne cześć, czy proszę. Ale to się niedługo skończy, nie będzie mu tak łatwo. To że wszyscy inni ode mnie kopiują to nie znaczy, że on też będzie.

czwartek, 26 stycznia 2012

Rozdział III

Sobota była nudna. Cały dzień przesiedziałam w domu, nie wychodząc z niego. Koleżanki mnie próbowały wyciągnać na dwór, ale odmawiałam. Bałam się, i boję wyjść na ulicę i spotkać tych... wszystkich ludzi. Jeszcze mnie rozpoznają i co wtedy? Piekło jak nic...
Dzisiaj niedziela, trzeba iść do kościoła. Jednak nie uśmiecha mi się to za bardzo. Może założę okulary i czapkę? Albo chciałabym mieć taką, czapkę niewidkę.
Ubrałam moje czerwone pantofelki z czerwoną wielką kokardą, nałożyłam również czarne dżinsy białą bluzkę i skórzaną brązową kurtkę. Wzięłam parę złotych by wpałacić na rzecz Kościołu, które włożyłam do swego czarnego portfela, a portfel do brązowe skórzanej torebki.
Idąc do Kościoła, napotkałam Wiktora. Też wybierał się do Kościoła, co mnie bardzo zdziwiło. Zawsze lubiał sobie pospać do 12:00. Lecz dzisiaj nie. Wstał wcześniej.
- Hej Lilka - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Cześć - odpowiedziałam zdziwona.
- Do Kościoła się wybierasz? - zapytał jakby nie wiedział, palił gupa.
- Aha, a myśałeś, że gdzie? - wypaliłam.
- A nic, tak pytam. Czy nie można już zadawać normalnych pytań koleżance? - powiedział patrząc w podłogę i zesmutniał.
- Przepraszam - powiedziałam, po czym odruchowo dotknęłam jego ręki. Nie wiem co we mnie wstąpiło. - Oj, prze-przepraszam.
Dziwne uczucie, dotknąć ręki której nigdy wcześniej nie dotykałaś. Poczułam jak dreszcze przemykają po moim ciele, nigdy wcześniej się tak nie czułam. Popatrzałam na Wiktora, on na mnie. Patrzeliśmy sobie głęboko w oczy aż nagle....

środa, 25 stycznia 2012

Rozdział II

Bardzo długo leżałam na łóżku, po rozmowie z Basią. Nie mogłam pojąć jak mogłam zrobić z siebie takie pośmiewisko. A było to tak...
Gdy główny wykonawca kapeli One Direction wypowiedział moje numerki myślałam ,że popłaczę sie ze szczęścia. Gdy wyszłam na scenę patrzałam się na tysiące par oczu, które mnie przerażały. Zawsze występowałam na konkursach, ale w szkole. Nigdzie więcej.
Przeraziłam się. Strach napełnił moją duszę. Zapytano mnie jak się nazywam, odpowiedziałam. Zapytano mnie czy uśmiecha mi się z nimy zaśpiewać, odpowiedziałam że tak. Zaczeliśmy śpiewać. Gdybym tylko wiedziała, tylko wiedziała. Aby nie zapiszczeć. Nie zapiszczeć. Nie mogę sobie tego przebaczyć... Zresztą... Zaśpiewałam jak mogłam. Zaśpiewałam jak najlepiej. Lecz na końcu, na końcu zrobiłam z siebie kompletne pośmiewisko. Zapiszczałam na koniec piosenki jak idiotka. Kompletna idiotka. Każdy się śmiał. Widziałam jak... usta... wszystkich się... się... ruszały. Wydawały z siebie taki... taki... wkurzający głos. Śmiech! To wydawali! Nie mogłam pojąć o co chodziło. Dopiero się dowiedziałam gdy zeszłam ze sceny. Omal nie popłakałam się. Myślałam co by było gdyby Sylwia to widziała, nigdy nie dałaby mi spokoju. Nigdy. Teraz, teraz nie wiem co robić.
Tato po mnie przyjechał naszym srebnym mercedesem i pojechaliśmy do domu.
- Coś się stało mała? - zapytał patrząc się na mnie, chyba zauważył ze coś jest nie tak.
- A nie, nic. Jedź do domu - odpowiedziałam opierając się o rączke od fotela...
Siedziałam w domu, na łóżku trzymając telefon w ręce. Chciałam wybić do kogoś numer, ale nie wiedziałam do kogo. Teraz... po telefonie Baśki, nie mogę sobie tego wybaczyć. Telefon dzwoni , lepiej odbiorę.
- Lilka, O mój Bosh. Tak strasznie mi przykro. Nie wiem jak to się mogło stać. - zaczęła Wera.
- Ale co się stało? - zapytałam, lecz wiedziałam że chodzi o koncert One Direction...
- No więc... Wczoraj, na imprezie Sylwki, wszyscy oglądali tv, i widzieli Ciebie. Widzieli jak... jak piszczesz. Bardzo mi przykro. - mówiła Wera.
- Ehh, nic nie szkodzi. Nie powinnam tego robić - powiedziałam zawiedziona swoim zachowaniem.
- Przepraszam, muszę kończyć pa! - powiedziała Wera i odłożyła słuchawkę.
Nie wiem co zrobiłabym bez Weroniki i Baśki. Przyjaźnimi się od przedszkola, i chodź mamy różne osobowości dogadujemy się najlepiej na świecie. Baśka to bardziej typ takiej.. hmm.. no.. Paniusi. Stroi się i w ogóle, zna się na modzie. Wie jaki podkład sobie nałożyć, jak rzęsy pomalować. Zawsze ją podziwiałam. Weronika jest bystra, zna odpowiedzi na każde pytania nauczycieli z każdego przedmiotu. Ostatnio dawała mi korki z francuskiego, nie wiele rozumiałam. Lecz z Weroniką udało mi się zdać egzamin i nie siedziałam w klasie!
A ja? Co powiedzieć o mnie... nie mam zbytnio dużego talentu, umiem śpiewać i malować. Rysuję różne rzeczy, najlepej mi wychodzi abstrakcja. Połączanie kolorów, komponowanie ich ze słowami piosenek, to najbardziej lubię. Tylko nie które osoby mnie nie rozumieją, tak jak na przykład moi rodzice. No niby poświęcają mi dużo uwagi bo jestem jedynaczką, lecz to się niedługo zmieni bo mama jest w ciąży. I tak moi rodzice nie mogą sobie uświadomić, że dziewczyna w moim wieku może mieć problemy. Duże, czy małe nie ważne. Nie może mieć żadnych problemów, bo ma się dach nad głową, wyrzywienie... i miłość.... Czego ostatnio mi brakuje. Czasami myślę, że w domu jestem nie widzialna bo mama zajmuje się ciążą, ale muszę się przyzwyczaić że przez całe życie nie będę jedynaczką. I za parę miesięcy, nowy człowiek ujży światło dzienne.

wtorek, 24 stycznia 2012

Rozdział I

Jest koncert. Dokładnie, koncert Twojej ulubionej kapeli.

Wyobraź sobie, że stoisz wśród tłumu wrzeszczących i wymalowanych dziewczyn, zresztą, sama to robisz i taka jesteś. Więc... stoisz w pierwszym rzędzie. Jest losowanie, dokładnie z biletów. Niedługo kapela wyczyta numer biletu. Każda dziewczyna patrzy się, czy to ona akurat zaśpiewa finałową piosenkę. Ty także to robisz. Nagle numery wyczytują się... 38466. To Twoje numery. Co robisz? Mam nadzieję, że nie zrobiłaś tego samego co ja... Nigdy sobie tego nie wybaczę.

Jest ranek, 7 rano. Dokładnie sobota. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Spałam jakieś 6 godzin. To nie wiele, wiem. Ale czasem, gdy nie mogę spać patrzę przez okno na księżyc i gwiazdy i gadam sama do siebie. Wiem. To dziwne. Taka już jestem. Przyzwyczajcie się, ok!? Nagle zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Baśka.
- Tak? - odebrałam telefon swoim standardowym rozpoczęciem rozmowy.
- Kurde laska! Byłaś wczoraj cudowna! Nie mogę! Po prostu sweet girl z Ciebie! - paplała.
- Ej no, bez przesady... - odpowiedziałam zawstydzona.
- Słuchaj każdy o tym wie! Nie wiem jak ty to zrobiłaś! Byłaś genialna! - zachwyca się Baśka.
- Ale jak to, wszyscy? Byłyśmy tylko we trójkę, ja ty i Weronika. - zapewniałam ją. - Ale ten koncert został nagrany w telewizji na żywo! Każdy co siedział przed telewizorem to widział! Zakończyłam rozmowę, bez pożegnania. Bałam się. Nie wiedziałam kto to oglądał. Jeśli cała klasa... zawstydzę się i nigdy więcej nie pójdę do szkoły... Chyba że zdarzy się cud i każdy był na imprezie Sylwii...