niedziela, 4 marca 2012

Rozdział XI

Ostatnie dni, były najdziwniejszymi dniami mojego życia. Tyle się stało w ciągu zaledwie czterech dni. Nie jestem w stanie tego opowiedzieć. Lecz spróbuję.
Piątek, ostatni dzień szkoły. Pełen luz, aż za duży. Na religii tyle się działo...
Katecheta mówił coś o przysłowiach Bożych, że na następnej lekcji będzie z nich test. Więc mamy się przygotować. A Tomek zaczął śpiewać:
- Cicha Noc, Święta Noc! Pokój niesie ludziom wszem!- śpiewał Tomek.
Reszta klasy również się do niego dołączyła i powtórzyła za nim
- Cicha Noc, Święta Noc! Pokój niesie ludziom wszem!
Tomek brnął dalej.
- A u żłóbka Matka Święta...
Klasa powtórzyła, nie było nikogo kto by nie śpiewał. Gdy w końcu doszliśmy do refrenu, Katecheta wyszedł z klasy. Nikt nie przestał śpiewać. Nawet Baśka i Karolina zaczęły śpiewać, łącznie ze mną. Już myślałam, że cała klasa będzie miała kłopoty. Ale koza? Chyba nie... całej klasy nie da się wstawić do kozy, chyba że jedynka z zachowania- myślałam. Gdy doszliśmy do drugiej zwrotki, Katecheta Pan Mirosław wrócił, nie sam. Ale z gitarą! To była najlepsza lekcja religii w całym moim życiu. Przez resztę lekcji siedzieliśmy i śpiewaliśmy różne piosenki. Był czad!
Gdy po lekcjach wracałam do domu, szłam z Baśką. Rozmawiałyśmy o tym co się stało na religii i nie tylko. Wiem, że Basia się interesuje modą, więc chcąc jej zaimponować, czytałam różne fora o tych rzeczach. Dowiedziałam się sporo. Lecz nie miałam okazji... no mówiąc w prost, bałam się coś powiedzieć o modzie. Gdy tylko chciałam coś z siebie wydusić, brnęłam w inny temat. Nie wiem co się ze mną dzieje. Na prawdę, nie wiem.
Nagle dobiegł do nas głos z tyłu.
- Cześć - powiedział głos.
- Cześć - powiedziałyśmy z Baśką równocześnie, lecz Basia się obejrzała do tyłu.
- Wiecie co, ja muszę lecieć - zaczęła - macie chyba swoje sprawy do obgadania, narka! - powiedziała bez chwili wytchnienia biegnąc na autobus. Czemu? Czemu nie została ze mną i z...
- Słuchaj Lilka, musimy pogadać - powiedział Wiktor.
- A o czym? - zapytałam zaciekawiona.
- O Tobie i o Maksie - powiedział. Zaskoczył mnie.
- Ale nic nie ma między mną a Maksem - zapewniłam go.
- Ale serio? Bo całe podwórko mówi inaczej... - spuścił wzrok.
- Słuchaj Lilka - powiedział stanowczo, łapiąc mnie za ręce.
Wypadły mi książki. Co on sobie myśli, co? Że niby ja jestem taka idealna, i że jak mnie złapie za rękę i wypadną mi książki to je złapie lewą ręką? To przecież nie możliwe!
- Jeśli coś do niego czujesz, zrozumiem. - powiedział smutnym głosem, patrząc mi się głęboko w oczy.
- Ale ja do Maksa nic nie czuję! - wygarnęłam mu. Bo chyba nic nie czułam. Chyba...
- Ehhh - westchnął. - Słuchaj, widziałem was wiele razy jak chodziliście nad naszym jeziorem, dlaczego?
- Ahhh, wtedy byłam po treningu i Maks chciał abym nie wdychała spalin, czy cokolwiek on tam powiedział - upewniłam go.
- Aha - powiedział łapiąc mnie za rękę.
Potem szliśmy powolutku do domu. Nie śpieszyło się nam. Nie odzywaliśmy się, było cicho. Słychać było jak psy szczekają, jak osy bzyczą, jak ptaszki śpiewają. Nic piękniejszego. Tylko co tak na prawdę czuję ja do Maksa? I co czuję do Wiktora? Bo to raczej nie jest to samo uczucie. Maksa darzę wielką sympatią, ale my się tylko przyjaźnimy. Tylko przyjaźń jest między nami. Nic więcej. Chyba mówię prawdę, tak? Ale po tym przytulaniu z nim na jeziorkiem, nie wiem czy dla niego jestem zwykłą kumpelą, bo wydaje mi się, że nie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz