wtorek, 31 stycznia 2012

Rozdział VIII

Ola była przez ostatnie dni na cenzurowanym. Dwa razy sprzeciwiła się rodzicom, mówiąc, że wróci na chatę o wyznaczonej przez siebie porze lub w ogóle nie wróci i teraz tato będzie ją codziennie odbierał ze szkoły. Żal mi jej.
W piątek bo treningu siatkówki spotkałam Maksa. Podobno był u kolegi na źrebaku. Ucieszył się na mój widok.
- Późno wracasz ze szkoły - zauważył.
- Przygotouwję się na mecz - odparłam dumna z nadzieją, że mu zaimponuję.
- Chodź - wziął mnie nagle za rękę i pociągnął w przeciwnym kierunku. To było...dziwne. Co najmniej dziwne.
- Dokąd? - spytałam.
- Chcesz iść tą zatłoczoną ulicą? - zdziwił się. - Wdychać spaliny? Nie lepiej wrócić do domu nad jeziorem?
- Myślałam o powrocie autobusem - odparłam. - Padam z nóg.
- Spacer dobrze Ci zrobi - powiedzieć. - No chodź - pociągnął mnie bardziej stanowczo, jakby wyczuł moment zawahania - daj ten sprzęd - wskazał na mój plecak i zdjął mi go z ramion.
Było późne popołudnie. Słońce znajdowało się coraz niżej. Kierowało się w stronę małego Mostku którego jestem zwyczaj nazywać Pawilon. Nie wiem czemu. Nie pytajcie. Wiedziała,, że za chwilę schowa się za niego i będze wyglądało jakby chciało zatopić się w rzece. Wtedy krajobraz dookoła straci barwy i zacznie szarzeć. Szliśmy powoli, rozmawiając o wszystkim i o niczym. Nie śpieszyło się nam. Przystawaliśmy, śmialiśmy się i w pewnym momencie Maks mnie przytulił. To już drugi raz. Teraz jednak, bez żadnego szczególnego powodu. Zupełnie nie oczekiwanie. Nie wyrywałam się. W jego ramionach czułam się bezpiecznie. Zupełnie tak jakbym mogła się w nich schowć przed całym światem. Podniosłam wzrok. Zajrzał mi głęboko w oczy i uśmiechnął się, potem wypuścił mnie z objęć i poszliśmy dalej, tak jakby nic nigdy się nie stało. Dla mnie jednak stało się. Myślałam o tym przez resztę drogi.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Rozdział VII

Zauważyłam błysk w oczach Wiktora. Wcześniej do teraz nie zauważyłam jego pięknych ciemnych brązowych oczu, zanurzyłam się w nich. Nie widziałam nic poza nimi. Nagle Wiktor, zbliżył się do mnie. Złapał mnie za rękę i... pocałowaliśmy się. Nie wiem jak to było możliwe. Byliśmy dobrymi przyjaciółmi. A teraz? Po pocałunku? Nie wiedziałam co dalej z naszą przyjaźnią.
- Co, co ty robisz? - Wyrwałam mu się z rąk i krzyknęłam, zwróciłam parę przechodzących osób.
- No... myślałam że tego chcesz... że oboje tego chcemy... - odpowiedział z smutkiem Wiktor. - Przepraszam - powiedział patrząc się w podłogę. - Nie chciałem, przepraszam.
Po czym podeszłam do niego, on dalej patrzał na trawę. Palcem swoim podniosłam mu podbródek.
- Co do mnie czujesz? - wypaliłam znienacka, nie wiedziałam że mnie stać na coś takiego.
- No... no... dużo. Nie jestem w stanie Ci tego powiedzieć co czuję do Ciebie. Zawsze kiedy cię widzę przechodzi przeze mnie dreszcz. Myślę, boję się, że coś powiem nie tak i... i wszystko się wyda... że wszystko spapram - powiedział patrząc mi głęboko w oczy. Nigdy nie zdawałam sobie z tego sprawy jak on się zachowuje gdy jesteśmy sam na sam.
- Serio? - zapytałam zaciskając wargi i w połowie się uśmiechając. Zresztą... całkiem mi się podobał Wiktor, kiedyś się w nim nawet bujałam... ale potem zauważyłam że woli być z kolegami i se odpuściłam. - Wiesz... ja też coś do Ciebie czuję.... - wyznałam.
Po czym mnie znowu pocałował. Przytuliłam się do niego, czułam się jak w niebie. Pocałował mnie! Rety! Raz, drugi, trzeci... może nawet dziesiąty. Chciałam, by to się nigdy nie skończyło, by trwało wiecznie. Jeszcze dziś, gdy o tym myślę nie mogę uwierzyć, że wydarzyło się to naprawdę. Jestem taka szczęśliwa! Jestem najszczęśliwszą osobą na tej planecie!

niedziela, 29 stycznia 2012

Rozdział VI

Po szkole, udałam się do parku. Miałam skrócone lekcje, bo nauczycielka od hiszpańskiego zachorowała. Usiadłam na brązowym mostku. Wyciągnęłam swój blok i rysowałam różne różniste rzeczy. Nagle, gdy rysowałam zimorodka z pamięci, zakryto mi oczy.
- Zgadnij kto to - powiedział znajomy mi głos.
- Nie wiem, ale ołówek mi wypadł z ręki - powiedziałam zaskoczona.
- Sory - powiedział głos - ale nie puszczę Cię do puki nie powiesz poprawnej odpowiedzi.
- Hmm... no dobra. Maciek?
- Nie.
- Tomek?
- Nie.
- Baśka? - po czym wybuchłam śmiechem.
- Nie - powiedział zawiedziony głos.
- Wiktor? - powiedziałam.
- No nareszcie, ręce mi drętwiały - powiedział i usiadł obok mnie. - Co rysujesz?
- Aaa, zimorodka. Ale zgubiłam ołówek. Pomożesz?
Krótko szukaliśmy ołówka. Zobaczyłam go leżącego na trawie parę centymetrów od mostku. Wiktor poszedł dalej szukać i na kolanach szedł.
Kochany, na kolanach...
W końcu podszedł do ołówka tak jak i ja, i znowu... dotknęliśmy swoich rąk.
- Prze-przepraszam - wydukałam jedno słowo.
- Nic, emm, nic nie, nie szkodzi - lekko dukając powiedział, patrząc mi się głęboko w oczy.

sobota, 28 stycznia 2012

Rozdział V

- Liliana! Liliana! Wstawaj! Czas do szkoły - drze się moja babcia. Zapewne mama w pracy.Bez chwili zastanowienia wstałam i wygrzebałam coś z szafy. Wzięłam swoje czarne dżinsy, wzięłam biąłą bluzeczkę na ramiączkach i do tego ciemno-niebieską bluzkę z długim rękawem. Wyglądam całkiem przyzwoicie. Ale co z włosami? Najlepiej kok, ale nie umiem.
- Babciu! Chodź zrobić mi koka! - otworzyłam drzwi i krzyknęłam do salonu. Babcia nie przychodzi i nie odpowiada. Poszłam do salonu a co tam zastałam? Chrapiącą babcię... no to piknie jak mawia moja prababcia. No to pozostaje mi kitka, pomyślałam. Nie mam gumki... no ładnie. Nie wiem gdzie mama je chowa a dużą spinką nie umiem. Ehh... po prostu masakra. Najlepiej uczeszę włosy, zakręcę troche lokówką pospinam spinkami i gotowe. Lekko maskary do oczu, trochę błyszczyku i jestem gotowa. Tylko musze zjeść śniadanie. Babcia mi zrobiła jajecznicę. Zawsze ją robi gdy przychodzi do mnie rano by mnie do szkoły obudzić. Co prawda chodzę już do gimnazjum ale zawsze tak było i będzie do puki dziecko się nie urodzi.
Będę miała siostrę! Już wiadomo! Mama była na USG i to będzie dziewczynka. Kurcze, tak się ciesze, że nie ma co. Po drodze do szkoły wstąpię po Weronike. Mam nadzieję, że jeszcze nie wyszła do szkoły.
- Wera! Poczekaj! - krzyczę do Weroniki, bo widzę, że jest około dwadzieścia metrów odemnie.
- Aaaa Lilka! Cześć! - po czym dała mi buzi w policzek. Trochę mnie to zdziwiło bo tak nie robimy ale co tam. Nie brzydzą mnie całusy.
- Będę miała siostrę - mówię zachwycona.
- Super! Jak dacie jej na imię? - zapytała z zaciekawieniem Wera.
- No nie wiem... jeszcze sie nad tym nie zastanawiamy. Mamy parę typów ale dopasujemy jak się urodzi.
- No to super! Cieszę się! Będziemy z nią wychodzic na dwór, bawić się, pokażemy jej mojego chomika jak będzie ciut starsza.
- No, no nie przesadzaj z tym chomikiem - ryknęłyśmy smiechem, przyciągając uwagę chłopaków którzy szli na drugiej stronie ulicy.
To nie mogło się stać na prawdę. Tylko co doszłam do klasy z dobrym humorem, to Sylwia musiała mi go od razu zepsuć. Co za beszczel z niej! Nie ma co!
- No to co Liliano? Jak było na scenie? - podeszły do mnie Wredne Jędze, oczywiście Sylwia mówiła za Alinę i Emilię, one za to potakują.
- Daruj sobie! - wykrzyknęła Baśka podchodząc do nas.
- A ty tu czego lalusiu? - powiedziała do niej Sylwia, robiąc durną minę.
- A chcę tego, że tu stoją moje przyjaciółki a wy tarasujecie przejście do nich. Więc sio! - pysknęła Sylwii, aż jej gały wyszły i se poszła.
Reszta lekcji przeszła normalnie, nic zachwycającego, oprócz Jacka.
- Celebrytko dawaj matmę! - zażądał.
- Że co?! - spytałam takim tonem, że na ułamek sekundy go zatkało.
Ale on jest macho oraz twardziel. Nie da się tak łatwo.
-Dawaj matmę! - powtórzył.
Wtedy zninacka przypomniała mi się babcia.
- Jak ładnie poprosisz - odpaliłam - to może dostaniesz.
- Jak co? - wyciągnął rękę.
- Słyszałeś! - warknęłam. - Czy ty kiedykolwiek dałeś komuś coś odpisać? - spytałam. - Dostaniesz moje zeszyty, jak ja od Ciebie coś odpiszę.
Wywrócił oczami i zrobił minę sugerującą, że coś ze mną nie tak.
- Taka z Ciebie egoistka? - zachichotał.
- Tak - odpaliłam. - Jestem egoistką i nie daję idpisywać zadań ludziom, których nie lubię.
- Ciebie nikt nie lubi - poinformował mnie radośnie.
- No to nie zrobi mi większej różnicy, jak jeszcze trochę Ci podpadnę.
Minęłam go i odeszłam.
Tomek patrzył na mnie z dziwną miną.
- Jak chcesz matmę, to Ci ją dam - powiedziałam. - Ale pod żadnym pozorem masz nie dawać zeszytu temu tam. Jeśli mu dasz, już nigdy nie dostaniesz odemnie żadnego zeszytu.
- OK - zgodził się Tomek.
Widziałam, że Jacek koło niego krąży, ale Tomek nie dał mu zeszytu.
Chwilę później oddał mi go, pytając, czy może dać zeszyt Maćkowi. Osobiście przespacerowałam się do Maćka.
- Możesz ode mnie odpisywać, ale pod żadnym pozorem nie dawaj zeszytu Jackowi.
Nawet mu się to spodobało, bo nie lubi Jacka.

piątek, 27 stycznia 2012

Rozdział IV

Cała piękna chwila prysła w ciągu jednej sekundy. Pękła jak bombelek który ma za mało mydła a za dużo wody. Takie moje szczęście...
- Hej laska! - wykrzyknęła Baśka biegnąc w mą stronę.
- Cześć Baśka - powiedział Wiktor z niesmakiem, widać było, że nie chciał aby ktoś nam przeszkadzał.
- Cześć - powiedziałam ze smutną miną i poszliśmy do kościoła.
Dzisiejszy temat związany był z grzechami. Podeszłam do komunii, zaraz po tym dowiedziałam się, że umarła Pani Agnieszka, przyjaciółka mojej babci a także jakiś Jan Kowalski. Nie znam gościa. Potem jakieś ogłoszenia parafialne, po błogosławienie i można iść do domu. Po pomodleniu się i oczyszczeniu duszy czuję się o wiele lepiej. Tylko martwi mnie fakt Wiktora. Czyżby on chciał czegoś więcej niż nasza przyjaźń? Nie wiem, muszę się z tym przejść.
Jestem w parku, nad naszym pięknym jeziorem. Kaczki pływają, pomimo że jest lekki przymrozek. Usiadłam sobie na mostku podziwiając przyrodę, kwiaty i zwierzęta. Zawsze tu przychodzę gdy mam doła czy coś. Siedzę i myślę. Myślę o tym co Wiktor chciał mi powiedzieć, lub zrobić? Boję się tego cokolwiek chciał zrobić a nie zrobił, może zrobi to wkrótce? Mam więcej pytań niż odpowiedzi. Zawsze tak jest. Jutro do szkoły, będę musiała stawić czoło moim groźnym rywalkom z klasy. Mamy takie trio, które wszyscy nazywamy bądź Wredne Jędze lub Czarownice. Nie, nie ubierają się jak któreś z nich, ale się wymądrzają i w ogóle, nie da ich się słuchać. Przewodnicząca fanklubu Czarownic jest Sylwia. Ma swoje podopieczne, jakby dzieci którym musi wszystko mówić a one się zgadzają, żałosne... Żal mi Aliny i Emilii, chociaż ich nie lubię...
Może trochę po wspominam? Pamiętam jak się zakochałam w Jacku... teraz unikam go jak ognia. Zawsze gdy mnie tylko widzi mówi: "Dawaj matmę". Żadne cześć, czy proszę. Ale to się niedługo skończy, nie będzie mu tak łatwo. To że wszyscy inni ode mnie kopiują to nie znaczy, że on też będzie.

czwartek, 26 stycznia 2012

Rozdział III

Sobota była nudna. Cały dzień przesiedziałam w domu, nie wychodząc z niego. Koleżanki mnie próbowały wyciągnać na dwór, ale odmawiałam. Bałam się, i boję wyjść na ulicę i spotkać tych... wszystkich ludzi. Jeszcze mnie rozpoznają i co wtedy? Piekło jak nic...
Dzisiaj niedziela, trzeba iść do kościoła. Jednak nie uśmiecha mi się to za bardzo. Może założę okulary i czapkę? Albo chciałabym mieć taką, czapkę niewidkę.
Ubrałam moje czerwone pantofelki z czerwoną wielką kokardą, nałożyłam również czarne dżinsy białą bluzkę i skórzaną brązową kurtkę. Wzięłam parę złotych by wpałacić na rzecz Kościołu, które włożyłam do swego czarnego portfela, a portfel do brązowe skórzanej torebki.
Idąc do Kościoła, napotkałam Wiktora. Też wybierał się do Kościoła, co mnie bardzo zdziwiło. Zawsze lubiał sobie pospać do 12:00. Lecz dzisiaj nie. Wstał wcześniej.
- Hej Lilka - powiedział z szerokim uśmiechem.
- Cześć - odpowiedziałam zdziwona.
- Do Kościoła się wybierasz? - zapytał jakby nie wiedział, palił gupa.
- Aha, a myśałeś, że gdzie? - wypaliłam.
- A nic, tak pytam. Czy nie można już zadawać normalnych pytań koleżance? - powiedział patrząc w podłogę i zesmutniał.
- Przepraszam - powiedziałam, po czym odruchowo dotknęłam jego ręki. Nie wiem co we mnie wstąpiło. - Oj, prze-przepraszam.
Dziwne uczucie, dotknąć ręki której nigdy wcześniej nie dotykałaś. Poczułam jak dreszcze przemykają po moim ciele, nigdy wcześniej się tak nie czułam. Popatrzałam na Wiktora, on na mnie. Patrzeliśmy sobie głęboko w oczy aż nagle....

środa, 25 stycznia 2012

Rozdział II

Bardzo długo leżałam na łóżku, po rozmowie z Basią. Nie mogłam pojąć jak mogłam zrobić z siebie takie pośmiewisko. A było to tak...
Gdy główny wykonawca kapeli One Direction wypowiedział moje numerki myślałam ,że popłaczę sie ze szczęścia. Gdy wyszłam na scenę patrzałam się na tysiące par oczu, które mnie przerażały. Zawsze występowałam na konkursach, ale w szkole. Nigdzie więcej.
Przeraziłam się. Strach napełnił moją duszę. Zapytano mnie jak się nazywam, odpowiedziałam. Zapytano mnie czy uśmiecha mi się z nimy zaśpiewać, odpowiedziałam że tak. Zaczeliśmy śpiewać. Gdybym tylko wiedziała, tylko wiedziała. Aby nie zapiszczeć. Nie zapiszczeć. Nie mogę sobie tego przebaczyć... Zresztą... Zaśpiewałam jak mogłam. Zaśpiewałam jak najlepiej. Lecz na końcu, na końcu zrobiłam z siebie kompletne pośmiewisko. Zapiszczałam na koniec piosenki jak idiotka. Kompletna idiotka. Każdy się śmiał. Widziałam jak... usta... wszystkich się... się... ruszały. Wydawały z siebie taki... taki... wkurzający głos. Śmiech! To wydawali! Nie mogłam pojąć o co chodziło. Dopiero się dowiedziałam gdy zeszłam ze sceny. Omal nie popłakałam się. Myślałam co by było gdyby Sylwia to widziała, nigdy nie dałaby mi spokoju. Nigdy. Teraz, teraz nie wiem co robić.
Tato po mnie przyjechał naszym srebnym mercedesem i pojechaliśmy do domu.
- Coś się stało mała? - zapytał patrząc się na mnie, chyba zauważył ze coś jest nie tak.
- A nie, nic. Jedź do domu - odpowiedziałam opierając się o rączke od fotela...
Siedziałam w domu, na łóżku trzymając telefon w ręce. Chciałam wybić do kogoś numer, ale nie wiedziałam do kogo. Teraz... po telefonie Baśki, nie mogę sobie tego wybaczyć. Telefon dzwoni , lepiej odbiorę.
- Lilka, O mój Bosh. Tak strasznie mi przykro. Nie wiem jak to się mogło stać. - zaczęła Wera.
- Ale co się stało? - zapytałam, lecz wiedziałam że chodzi o koncert One Direction...
- No więc... Wczoraj, na imprezie Sylwki, wszyscy oglądali tv, i widzieli Ciebie. Widzieli jak... jak piszczesz. Bardzo mi przykro. - mówiła Wera.
- Ehh, nic nie szkodzi. Nie powinnam tego robić - powiedziałam zawiedziona swoim zachowaniem.
- Przepraszam, muszę kończyć pa! - powiedziała Wera i odłożyła słuchawkę.
Nie wiem co zrobiłabym bez Weroniki i Baśki. Przyjaźnimi się od przedszkola, i chodź mamy różne osobowości dogadujemy się najlepiej na świecie. Baśka to bardziej typ takiej.. hmm.. no.. Paniusi. Stroi się i w ogóle, zna się na modzie. Wie jaki podkład sobie nałożyć, jak rzęsy pomalować. Zawsze ją podziwiałam. Weronika jest bystra, zna odpowiedzi na każde pytania nauczycieli z każdego przedmiotu. Ostatnio dawała mi korki z francuskiego, nie wiele rozumiałam. Lecz z Weroniką udało mi się zdać egzamin i nie siedziałam w klasie!
A ja? Co powiedzieć o mnie... nie mam zbytnio dużego talentu, umiem śpiewać i malować. Rysuję różne rzeczy, najlepej mi wychodzi abstrakcja. Połączanie kolorów, komponowanie ich ze słowami piosenek, to najbardziej lubię. Tylko nie które osoby mnie nie rozumieją, tak jak na przykład moi rodzice. No niby poświęcają mi dużo uwagi bo jestem jedynaczką, lecz to się niedługo zmieni bo mama jest w ciąży. I tak moi rodzice nie mogą sobie uświadomić, że dziewczyna w moim wieku może mieć problemy. Duże, czy małe nie ważne. Nie może mieć żadnych problemów, bo ma się dach nad głową, wyrzywienie... i miłość.... Czego ostatnio mi brakuje. Czasami myślę, że w domu jestem nie widzialna bo mama zajmuje się ciążą, ale muszę się przyzwyczaić że przez całe życie nie będę jedynaczką. I za parę miesięcy, nowy człowiek ujży światło dzienne.

wtorek, 24 stycznia 2012

Rozdział I

Jest koncert. Dokładnie, koncert Twojej ulubionej kapeli.

Wyobraź sobie, że stoisz wśród tłumu wrzeszczących i wymalowanych dziewczyn, zresztą, sama to robisz i taka jesteś. Więc... stoisz w pierwszym rzędzie. Jest losowanie, dokładnie z biletów. Niedługo kapela wyczyta numer biletu. Każda dziewczyna patrzy się, czy to ona akurat zaśpiewa finałową piosenkę. Ty także to robisz. Nagle numery wyczytują się... 38466. To Twoje numery. Co robisz? Mam nadzieję, że nie zrobiłaś tego samego co ja... Nigdy sobie tego nie wybaczę.

Jest ranek, 7 rano. Dokładnie sobota. Nie wiem co mam ze sobą zrobić. Spałam jakieś 6 godzin. To nie wiele, wiem. Ale czasem, gdy nie mogę spać patrzę przez okno na księżyc i gwiazdy i gadam sama do siebie. Wiem. To dziwne. Taka już jestem. Przyzwyczajcie się, ok!? Nagle zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Baśka.
- Tak? - odebrałam telefon swoim standardowym rozpoczęciem rozmowy.
- Kurde laska! Byłaś wczoraj cudowna! Nie mogę! Po prostu sweet girl z Ciebie! - paplała.
- Ej no, bez przesady... - odpowiedziałam zawstydzona.
- Słuchaj każdy o tym wie! Nie wiem jak ty to zrobiłaś! Byłaś genialna! - zachwyca się Baśka.
- Ale jak to, wszyscy? Byłyśmy tylko we trójkę, ja ty i Weronika. - zapewniałam ją. - Ale ten koncert został nagrany w telewizji na żywo! Każdy co siedział przed telewizorem to widział! Zakończyłam rozmowę, bez pożegnania. Bałam się. Nie wiedziałam kto to oglądał. Jeśli cała klasa... zawstydzę się i nigdy więcej nie pójdę do szkoły... Chyba że zdarzy się cud i każdy był na imprezie Sylwii...